You are hereBlogi

Blogi


Na pohybel Majom

   Koniec roku. A następny 2012. Znaczy się ostatni. Według Majów, a raczej ich kalendarza. IMHO każdy kalendarz kiedyś się kończy. A rzeczeni Majowie jakoś nawet nie dociągnęli do kresu stworzonej przez siebie rachuby dni, co raczej źle świadczy o ich zdolności przewidywania przyszłości. Ale co mi tam, to już… hm… dwudziesty któryś koniec świata, który dane mi będzie przeżyć. Ostatni trwał od maja do listopada, czy jakoś tak.

Nieostatni lot Nocnego Kowboja

   To jest polecanka, pierwsza z cyklu. Od lat namawiałem recenzentów publikujących na łamach „Science Fiction”, a potem „SFFH”, żeby pisali o książkach godnych polecenia, bo  jaki jest sens w tworzeniu sążnistych artykułów o tandecie, skoro wystarczy jedno zdanie by ją zgnoić? Także na moim blogu mam zamiar trzymać się tej zasady. Znajdziecie tu recenzje albo omówienia dzieł – przede wszystkim książek, ale też filmów czy gier komputerowych – po które moim zdaniem warto sięgnąć. Bez podziękowań dla wydawców za podarowanie darmowego egzemplarza. Zatem do dzieła...

The Word for World is Forrest

   Chciałbym poświęcić niniejszy wpis Człowiekowi, który dla fantastyki, tej szeroko rozumianej, zrobił więcej niż ktokolwiek inny.
   Forrest J Ackerman to właściwie legenda, nie człowiek. Można zaryzykować twierdzenie, że bez jego wkładu dzisiejsza fantastyka miałaby zupełnie inne oblicze, kto wie, czy nie o wiele skromniejsze.
   Urodzony w 1916 roku Forrest, wtedy jeszcze J z kropką, Ackerman współtworzył podwaliny tego, co dzisiaj potocznie zwane jest „fandomem”. Współtworzył je niezwykle aktywnie, mało kto wie, że to właśnie jemu zawdzięczamy powstanie znanego dzisiaj na całym świecie skrótu sci-fi, którym od lat określany jest gatunek literacki, i nie tylko, który tak lubicie. Ale nie tylko z takich rzeczy słynął wujek Forry, nawiasem mówiąc - pierwszy zdobywca nagrody Hugo w kategorii #1 Fan Personality. 
 

Bazgrząc po e-papierze

   Bardzo długo przymierzałem się do napisania tego tekstu. Część z was - zwłaszcza użytkownicy forum SFFH - z pewnością pamięta rozmowy na temat e-wydania pisma i moje opory przed tą formą rozpowszechniania. Wtedy uważałem, że jest jeszcze za wcześnie na pójście w Sieć. Dzisiaj... cóż, dzisiaj nadal nie mam pewności; chociaż pozbyłem się kilku obaw, które powstrzymywały mnie przed tą zupełnie nową formą dystrybucji (teraz, kiedy nie jestem właścicielem pisma, znacznie łatwiej podejmować mi ten temat), nie wyzbyłem się wątpliwości do końca. Ale nie o nich chciałem pisać, wręcz przeciwnie. Poniższy wpis traktował będzie o przyszłości e-papieru.

Mam plan!

   Data wydania mojego drugiego zbioru opowiadań jest już bardzo bliska, czas więc napisać kilka słów na temat tekstów, które powinny pojawić się w najbliższej i nieco dalszej przyszłości.

Lśnienie Księżyca

   Teorie spiskowe. Kto ich nie zna? Kto ich nie zgłębia z wypiekami na twarzy? Coś przecież musi być na rzeczy, skoro wszyscy zaprzeczają... Niektóre tajemnice znajdują wyjaśnienie bądź potwierdzenie dopiero po latach. Weźmy na przykład zamach na Kennedy’ego – czy po filmie Zaprudera ktoś jeszcze uwierzy w wersję oficjalną? Ale teorie spiskowe mają także drugie oblicze. Często absurdalne i nieobliczalne. W tej kategorii mieści się  sprawa czarnej wołgi, porwań ludzi przez UFO albo upozorowanej śmierci Elvisa Presleya.

Za garść dolarów

   Do napisania tego tekstu skłoniła mnie pewna dyskusja na temat prawdziwości prezentowanego na Sieci filmiku. Widzimy przejście dla pieszych, po którym przebiega mężczyzna cudem tylko unikający wypadku. Na moje oko jest to czysty kit, zmontowany przez kogoś i opublikowany dla jaj albo z chęci zaistnienia. Zdaniem innych dyskutantów - prawdziwe zdjęcia z ulicznej kamery, bo przecież tak wiele serwisów nie mogło nabrać się na zwykłą sztuczkę. Trudno dyskutować w tym przypadku – odnalezienie oryginalnego nagrania graniczy bowiem z cudem - ale znalazłem inny przykład, o wiele bardziej jaskrawy, który zilustruje wyżej wymieniony problem i odpowie na pytanie: czy naprawdę możemy wierzyć w to, co podają nawet solidne serwisy.

Kto otworzył puszkę Pandory?

   Solidny recenzent może mieć z „Avatarem” spory kłopot. Jak bowiem opisać film, który z jednej strony przykuwa do fotela na niemal trzy godziny (z niemałym zdziwieniem zauważyłem, że na widowni przez cały czas projekcji panował kompletny bezruch i totalna cisza), a z drugiej, już po seansie, budzi - zwłaszcza w człowieku myślącym - narastające wątpliwości. Skoro jest tak źle, dlaczego jest tak dobrze? I vice versa. Zrozumienie tego problemu wymaga przeprowadzenia szczegółowej analizy treści oraz warstwy wizualnej filmu. Dlatego wszystkich, którzy nie cierpią spojlerów, ostrzegam – przeczytajcie ten tekst dopiero po obejrzeniu „Avatara”.

N(ie n)azywam się James Cameron

    Przygotowując się do zrobienia strony internetowej, przeglądałem zasoby Sieci w poszukiwaniu inspiracji. Sprawdzałem, jak sobie poradzili z tym problemem inni autorzy. Jeśli Internet, to King, pomyślałem. Któż bowiem, jeśli nie sam Król Horroru powinien być wzorem w tej materii. Jego przygoda z Siecią trwa już od lat, na pewno więc będzie się czego nauczyć od takiego starego wygi.

Subskrybuj

Subskrybuje zawartość

Polecam

obrazek
obrazek
obrazek

Galeria