You are hereAutor / Powieści / Samotność Anioła Zagłady / Moje trzy grosze o "Samotności..."

Moje trzy grosze o "Samotności..."


By Robert J. Szmidt - Posted on 12 grudzień 2009

 

   Choć pewnie trudno w to uwierzyć, historia tej książki ma już ponad dwadzieścia pięć lat. Tak, moi drodzy. Jej pierwsza wersja, o wiele krótsza, spisana ręcznie na karteluszkach w kratkę, była moim wkładem w program LOF-u (Letniego Obozu Fantastyki), na który wyjeżdżaliśmy za późnej komuny całą bandą, to do Sulistrowiczek, to do Zakopanego.
   Mnie w udziale przypadło napisanie opowiadania. Wziąłem się ostro do roboty. Nabyłem mapę drogową USA (mam ją do dzisiaj) i wodząc po niej palcem, spisywałem przygody Adama Sawyera, przemierzającego postapokaliptyczny świat. Wtedy wiedziałem o Stanach tyle, ile można było zobaczyć na ekranie kina albo przeczytać u Łysiaka. Zaawansowanie technologiczne naszej cywilizacji także odbiegało znacznie od tego, co znamy dzisiaj. Ale wszystkie kluczowe sceny, jakie znajdziecie w tej powieści, znajdowały się w opowiadaniu. Nawet elektryczny motor, który na owe czasy wydawał się bardziej fantastyczny niż sama zagłada.
   Odczytałem tekst któregoś popołudnia, gdy odpoczywaliśmy po wycieczce w góry i celebrowaliśmy część oficjalną najlepszego konwentu na świecie. Przeczytałem... i zapomniałem o nim na całe lata.
   Wkrótce po tym jak stworzyłem magazyn „Science Fiction”, zasiedliśmy z Andrzejem Ziemiańskim, żeby pogadać o nowych pomysłach i starych czasach. To było tuż po napisaniu „Apokalipsy według Pana Jana”. Gawędziliśmy o rozwiązaniach fabularnych, konstrukcji postaci i takich tam i w pewnym momencie Andrzej przypomniał mi ten właśnie tekst. Zapamiętał scenę, w której bohater zdał sobie sprawę z przemiany, jaką przeszedł w trakcie podróży (stało się tak za sprawą odbicia w szybie automatu do gry w którymś z miast). Od słowa do słowa, zachęcił mnie do napisania tekstu od nowa. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że ja – sklerotyk pierwszego sortu – pamiętam niemal wszystko, nawet niektóre dialogi. On też zapamiętał sporo, co naprawdę mi pochlebiało. Ile wy pamiętacie opowiadań, które czytaliście przed kilkunastu albo nawet dwudziestu laty? Coś w nim musiało być...
Kiedy byłem Aniołem Zagłady, hej...  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Siadając do drugiej wersji opowiadania (w założeniu miała to być co najwyżej nowelka), miałem o wiele więcej doświadczenia. Byłem już w Stanach, i to nie raz. Przejechałem kontynent północnoamerykański dość zbliżoną trasą do tej, którą pokonać miał mój bohater. Wiele miejsc, które kiedyś opisywałem z „czapki”, teraz znałem z autopsji. Pisanie poszło więc o wiele łatwiej – mapa ponownie się przydała, Internet też. Tekst rozrósł się jednak ponad miarę, w całkiem solidną powieść.
   Odłożyłem ją na bok, zajmując się robotą redakcyjną. Potem awaria komputera pozbawiła mnie jedynej kopii (taki byłem nieostrożny). Spalony dysk to spalony dysk, nic się nie da zrobić. Ale... w trakcie korespondencji z autorami okazało się, że przesłałem kiedyś plik mieszkającemu w USA Robertowi Falzmannowi, aby sprawdził, co nie zgadza się z realiami. Sprawdził, lecz co więcej, zatrzymał e-mail z załącznikiem, dzięki czemu tekst mógł do mnie wrócić wiele miesięcy później. To jednak nie był koniec usłanej kolcami drogi „Samotności...”. Zapisałem go tym razem na płytkach, flashpenie, ale odłożyłem na bok, zajmując się tłumaczeniami – przy grach było tyle roboty, że czasu na sen nie wystarczało. Między innymi dlatego tak mało nowych tekstów w tamtym okresie napisałem. Dwa lata minęły, zanim usiadłem do czytania tej powieści, aby nadać jej ostateczny kształt. Dojechałem z Adamem do Gór Skalistych i... jakiś pip, piip, pip w pip, pip sprzedał mi wirusa. Na tyle paskudnego, że wessało mi naprawdę sporo cennych plików. W tym teksty do antologii conanowskiej. Próbowałem się ratować. Zrobiłem przed formatowaniem dysku płytki z backupami – ale nagrały się tylko puste katalogi, wszystkie pliki zniknęły z nich jak zaczarowane. Oddałem komputer do skanowania firmie zajmującej się odzyskiwaniem plików. Dostałem wiele gigabajtów materiału, który tygodniami przeglądałem w poszukiwaniu tego jednego, jedynego. Wreszcie, kiedy traciłem już nadzieję – a nawet uznałem, że nie będę siadał po raz czwarty do tej samej roboty – znalazłem, wprawdzie nie ostatnią wersję, ale na tyle zaawansowaną, że mogłem po kilku dniach przerwy kontynuować pracę.
   Tym razem dojechałem szczęśliwie do Twin Rivers, z pomocą Google Earth i zasobów Sieci udało mi się dotrzeć tam, gdzie nie byłem w czasie mojej bytności w Stanach. Sprawdzając szczegółowo niektóre odcinki bocznych dróg, zwłaszcza w epizodzie poświęconym przeprawy przez Góry Skaliste, których nie znałem z autopsji, trafiałem na naprawdę dziwne zbiegi okoliczności. Jest w powieści scena, w której Adam natyka się na blokującą szosę ciężarówkę. Znalazłem opcję „Street view” tej drogi na GE. Ku mojemu zdziwieniu okolica wyglądała dokładnie tak, jak ją opisałem. Na skale powyżej widać nawet jaśniejszy fragment, jakby coś się od niej odłamało... normalnie prorok ze mnie, nie autor.
   Jeśli zastanawiacie się, ile z miejsc opisanych w „Samotności...” jest prawdziwych, powiem jedno. Praktycznie rzecz biorąc, znajdziecie tam tylko kilka wymyślonych przeze mnie lokacji potrzebnych do popchnięcia fabuły. Hotel „The Tower” w St. Louis. Most kolejowy namalowany przez Wirethorna. Więcej grzechów nie pamiętam. Może jeszcze zamek Deweya, wzorowany na autentycznej budowli przeniesionej z doliny Loary, ale przez zupełnie innego potentata komputerowego, którą ktoś z mojej bliskiej rodziny miał zaszczyt odwiedzać jakiś czas temu. Cała reszta, z dokładnością do jednej chałupy, stoi dzisiaj, albo jeszcze niedawno stała, za Atlantykiem. Możecie to sprawdzić, jeśli najdzie was ochota po, albo jeszcze lepiej, w trakcie lektury.

 

                                                                    Robert J. Szmidt
 

 

 

 

 

 

ZałącznikWielkość
samotnosc22.jpg42.06 KB

Subskrybuj

Subskrybuje zawartość

Polecam

obrazek
obrazek
obrazek

Galeria