You are herePasje / Nurkowanie

Nurkowanie


By Robert J. Szmidt - Posted on 30 grudzień 2009

      Po raz pierwszy zszedłem pod wodę przed piętnastoma laty. W czasie jednej z podróży w tropiki dałem się skusić reklamie i po paru godzinach szkolenia wypłynąłem chybotliwą łódką poza przybrzeżne rafy z trójką innych straceńców i dwoma latynoskimi opiekunami. To były jeszcze czasy, kiedy nie dbano o bezpieczeństwo, przepisy, normy. Klient płacił, klient dostawał. Jeśli dobrze sobie przypominam, kilka dni po moim pierwszym nurkowaniu w prasie i telewizji pojawiła się informacja o zgubieniu pary turystów na Wielkiej Rafie w Australii – potem na kanwie tej historii powstał film, widziałem go nawet przed ostatnim wyjazdem na Mauritius. Dominikańscy nurkowie byli równie nonszalanccy jak ich australijscy koledzy. Pierwszego dnia zabrali nas na 15 metrów, w spokojne miejsce, choć ubogie w widoki. Ale wspominam to nurkowanie niezwykle miło. Coś błyszczącego przykuło mój wzrok do leżącej w dole łachy piasku. Podpłynąłem, sięgnąłem i... znalazłem złoty łańcuszek. Oczywiście zaraz po powrocie na powierzchnię mi go odebrano - okazało się, że należał do niemieckiego turysty, który kilka dni wcześniej także zapragnął sprawdzić, co piszczy w głębinie, i zapłacił Morzu Karaibskiemu daninę. Ponoć ocean niczego nie oddaje, a jednak… Facet był naprawdę szczęśliwy, ja nieco mniej. W końcu znaleźć skarb i stracić go po kilku minutach to nic miłego. Drugiego dnia zeszliśmy już na 25 metrów i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie pewna rzecz... Jako początkujący zużywaliśmy o wiele więcej powietrza z butli niż bardziej doświadczeni członkowie grupy. To normalne. Przebywając w tak obcym środowisku, niesamowitym, nierealnym i pięknym, człowiek zapomina o kontrolowaniu czasu czy oddechu. Czterdzieści pięć minut mija jak z bicza strzelił, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak. Teoretycznie na tyle właśnie powinno wystarczyć mieszanki w butli, ale bywa, że już po pół godzinie wskazówka na manometrze spada poniżej czerwonej linii, a wtedy nie ma innej rady, tylko trzeba prosić instruktora o pomoc. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, to nic strasznego. Nawet taka resztka powietrza w butli wystarcza na alarmowe, a nawet normalne wynurzenie z niedużych głębokości. Przy dłuższym i głębszym zanurzeniu bierze się zapasowy ustnik od instruktora. Tak też wtedy zrobiłem. Na szczęście jestem cholernie nieufny w takich sytuacjach i zanim wziąłem porządny wdech, sprawdziłem, czy wszystko jest w porządku. Nie było. Regulator podawał powietrze zmieszane z wodą. Porządny haust mógł się skończyć zakrztuszeniem, a na 25 metrach taka zabawa ma zazwyczaj jeden finał. Dość tragiczny zresztą. Wynurzyłem się awaryjnie, korzystając z tej resztki powietrza, którą miałem we własnej butli, lekko skracając obowiązkowy postój - jak się okazało, instruktor nawet tego nie zauważył. Oczywiście podczas powrotu na brzeg zaczęli wyjaśniać, co i dlaczego się stało. A była to naprawdę drobnostka. W czasie skręcania sprzętu podwinęła się jedna z membran przy ustniku.
   Właściwie powinienem po tym dać sobie spokój z nurkowaniem. Nawet szczęście początkującego ma jakieś limity. Ale przyznam szczerze, że choć wieczorem tamtego dnia poczułem się mocno niepewnie, to jednak nie zrezygnowałem z powrotu pod wodę. Marzyło mi się to od dziecka, od czasu, gdy zafascynowany „20 000 mil podmorskiej żeglugi” zaprenumerowałem miesięcznik „Morze” i połykałem jedna po drugiej książki o tematyce marynistycznej. Żeby to zrozumieć, trzeba się zanurzyć, ale nie w basenie, nie w zimnym i ciemnym jeziorze, gdzie przejrzystość zawiesiny zwanej dla niepoznaki wodą ogranicza pole widzenia do dwóch, trzech metrów.
   Prawdziwą radość z nurkowania zyskujesz wtedy, gdy znajdując się dwadzieścia, trzydzieści metrów pod powierzchnią pofalowanego morza albo oceanu, widzisz przed, pod i nad sobą miliony kolorowych ryb, niesamowite kształty korali. Gdy świat robi się zupełnie inny. Gdy nie ma poczucia poziomu i pionu. Gdy wystarczy jeden ruch, by znaleźć zupełnie inną perspektywę na otaczającą scenerię. Dodaj do tego niesamowitą lekkość, z jaką porusza się ciało w wodzie, ciszę przerywaną jedynie bulgotaniem bąbelków powietrza po każdym wydechu i niesamowite efekty wizualne. Coś takiego można zobaczyć tylko w grach komputerowych, kiedy procesor doczytuje kolejne elementy tła, gdy biegnie się przez jakąś większą lokację. Pod wodą jest identycznie. Wystarczy odsunąć się o metr, by widoczna na „horyzoncie” góra zniknęła, jakby jej tam nigdy nie było.
   Od tamtej pory starałem się nurkować za każdym razem, gdy wyjeżdżałem w miejsce, gdzie to było możliwe. Dzięki temu mam w swoim logu wpisy z najbardziej malowniczych i niesamowitych miejsc.
   Pływałem z wielkimi żółwiami na Florydzie, zupełnie jak na „Gdzie jest Nemo” (wstyd się przyznać, ale nie posłuchałem zakazu i chwyciłem się jednego z tych gigantów). Pierwszego rekina widziałem w Zatoce Meksykańskiej niedaleko Key West. Zapewniam, nawet dzisiaj, kiedy tych spotkań mam na koncie więcej, dostaję gęsiej skórki, kiedy to sobie przypominam. Hawaje wydawały mi się rajem, tam po raz pierwszy nurkowałem bez nadzoru instruktorów, ze znajomym Amerykaninem. Tam po raz pierwszy karmiłem rybki zabraną do kieszeni bułką – polecam, to może być naprawdę nieziemskie przeżycie. Tam też widziałem i słyszałem wieloryby. Potem było jeszcze kilka wypraw, bliższych i dalszych, Peloponez, Tunezja, Japonia... ale czasy się zmieniły, wprowadzono bardziej rygorystyczne przepisy i nurkowanie turystyczne stało się praktycznie niemożliwe, jeśli nie zdobyło się patentu.
   Zrobiłem go kilka lat temu na Jamajce, mając za instruktora prawdziwego rastamana, którego dredy pod wodą wyglądały jak ośmiornica przyczepiona do czubka głowy. Rasta, święty człowiek, był też znakomitym instruktorem. Prawdziwa oaza spokoju. Przy nim człowiek nie bał się niczego. Nawet zejścia wzdłuż pionowej ściany na niemal 45 metrów, tam, gdzie robi się naprawdę ciemno. To niesamowite uczucie, gdy opada się powoli, mając przed sobą obco wyglądającą ścianę porośniętą przedziwnymi kształtami, w stronę absolutnej czerni. Tam też, na Jamajce, po raz pierwszy zdarzyło mi się przebywać pod wodą w miejscu, z którego nie było widać nic prócz otaczającego mnie jednolitego błękitu.
   Z ciekawszych miejsc mogę polecić rafy Indonezji, są niezwykle bogate w życie – co nie wszędzie jest regułą – i bardzo malownicze. Tam, kilkadziesiąt kilometrów od Bali zdarzyło mi się przeżyć jedną z najciekawszych podwodnych przygód. Wypłynęliśmy łodzią za przesmyk dzielący dwie spore wyspy i pokonaliśmy go później pod wodą, niesieni bardzo silnym prądem. W godzinę przepłynęliśmy kilkanaście kilometrów. Naprawdę niesamowite przeżycie. Trochę sobie poobcierałem ręce, kiedy raz i drugi wylądowałem na wystającym kawałku rafy, ale takiej radości nie daje nawet porządny roller coaster (też moja pasja).
   Na koniec zostawiłem sobie Malediwy. Powiem wam jedno, wszystkie pozostałe doznania i zejścia pod wodę zamieniłbym na godzinę w ciepłych wodach Malediwów. Na metr kwadratowy rafy przypada tam więcej życia niż na całą rafę w Kenii czy na Mauritiusie. I to jakiego życia. Pomijam już fakt, że rekiny pływają tuż przy plaży (te młode, bo pilnujące je dorosłe krążą kilkadziesiąt metrów dalej), że można nadepnąć na dwumetrową murenę brodząc po pas w wodzie albo usiąść na wielkim żółwiu. Największe wrażenie robią tam miliony kolorowych ryb pławiących się na rozległych, dziewiczych, bajecznie kolorowych rafach. To tam widziałem, jak porozumiewają się między sobą neonowo ośmiornice, tam spotkałem majestatycznego rekina wielorybiego, tam zobaczyłem w ciągu godziny chyba wszystkie rodzaje płaszczek - a uwierzcie mi, oglądanie „lecącego” pod wodą klucza mant jest czymś niewyobrażalnie ekscytującym i pięknym. Tam też pokazano mi jedne z najbardziej niesamowitych stworzeń głębin – i jednocześnie najbardziej jadowitych – czyli kamienne ryby. Mam je na kilku zdjęciach w galerii. Trzeba się im naprawdę długo przyglądać, by rozpoznać rybie kształty, ale da się to zrobić, zwłaszcza w przypadku tej mniejszej, pomarańczowo-żółtej, która jeszcze nie zakamuflowała się tak dobrze, jak jej starsze koleżanki.
   Wiele nurkowałem i pewnie będę to wciąż robił, choć przyznam szczerze, że odkąd zobaczyłem, jak może wyglądać podwodny raj na Kandholhu (aka Kandholhudhoo) i Kuramathi, żadna inna rafa nie wydała mi się atrakcyjna. Ale mam jeszcze kilka ciekawych miejsc przed sobą, a w „najgorszym” razie zawsze pozostaje powrót na Malediwy.
 

Subskrybuj

Subskrybuje zawartość

Polecam

obrazek
obrazek
obrazek

Galeria