You are hereBlogi / Robert J. Szmidt's blog / Lśnienie Księżyca

Lśnienie Księżyca

strict warning: Declaration of views_plugin_style_default::options() should be compatible with views_object::options() in /www/modules/views/plugins/views_plugin_style_default.inc on line 24.

By Robert J. Szmidt - Posted on 28 styczeń 2010

   Teorie spiskowe. Kto ich nie zna? Kto ich nie zgłębia z wypiekami na twarzy? Coś przecież musi być na rzeczy, skoro wszyscy zaprzeczają... Niektóre tajemnice znajdują wyjaśnienie bądź potwierdzenie dopiero po latach. Weźmy na przykład zamach na Kennedy’ego – czy po filmie Zaprudera ktoś jeszcze uwierzy w wersję oficjalną? Ale teorie spiskowe mają także drugie oblicze. Często absurdalne i nieobliczalne. W tej kategorii mieści się  sprawa czarnej wołgi, porwań ludzi przez UFO albo upozorowanej śmierci Elvisa Presleya. Jest jeszcze kategoria trzecia – sprawy tak tajemnicze, obrosłe legendami i niedomówieniami, że aż nie sposób ogarnąć je rozumem –. Za klasyczne przykłady mogą tu posłużyć zamachy z jedenastego września i kwestia upozorowanego lądowania na Księżycu.
  Mam już prawie pięćdziesiątkę na karku, ale pamiętam jeszcze co nieco z dzieciństwa. Z ważnych wydarzeń końca lat sześćdziesiątych wciąż mogę sobie przypomnieć ogromny smutek, gdy wychowawczyni nie pozwoliła mi za karę wyjść z przedszkola, abym mógł razem z innymi dziećmi pomachać żołnierzom jadącym z interwencją do Czechosłowacji – z dzisiejszej perspektywy mogę się jedynie cieszyć, że nie wziąłem udziału w tym spektaklu. Pamiętam też tę podniosłą atmosferę, kiedy ludzie gromadzili się u krewnych i znajomych, aby obejrzeć na rzadko jeszcze spotykanych telewizorach czarno-biały, niewyraźny film, na którym nie znany mi wtedy bohater uczynił „mały krok człowieka, ale ogromny skok ludzkości”. Wtedy nie przypuszczałem nawet, że po dziesiątkach lat obraz ten stanie się dla milionów ludzi symbolem jednego z największych fałszerstw w dziejach świata.
  Dzisiaj chciałbym wam przybliżyć ciekawy i zupełnie świeży aspekt tej sprawy. Dla niektórych będzie to zapewne dowód szaleństwa współczesnego człowieka, dla innych przyczynek do zastanowienia się po raz kolejny nad tym, czy nie padliśmy ofiarą genialnego oszustwa.
  Jedna z najbardziej karkołomnych hipotez dotyczących wyprawy Apollo 11 głosi, że filmy pokazywane przez NASA, w tym bezpośrednia transmisja z lądowania na Księżycu, to sfałszowany materiał, który miał zostać nakręcony albo w tajemniczej (ale istniejącej realnie) Strefie 51, albo w studiu Borehamwood na planie wcześniejszej o rok „Odysei kosmicznej 2001”. W obu przypadkach wymienia się nazwisko człowieka, który miał być za to odpowiedzialny, czyli nieżyjącego już, genialnego reżysera - Stanleya Kubricka.
 Pierwszy raz usłyszałem o tej teorii, oglądając świetny film francuskiego dokumentalisty Williama Karela „Operation Lune” z 2002 roku (znany też pod tytułem "Dark Side of the Moon“. W jednej ze scen tego filmu pojawia się wdowa po reżyserze, która opowiada o tym, jak Kubrick przeżywał tę produkcję i ile zdrowia go kosztowała. Jej słowa potwierdzają tak znane osobistości ze świata polityki, jak Donald Rumsfeld czy Henry Kissinger. Mamy tam nawet Buzza Aldrina dezawuującego wyczyn Armstronga. Każdy wielbiciel teorii spiskowych przeciera oczy ze zdumienia. Osoby z pierwszych stron gazet potwierdziły w obecności kamer prawdziwość teorii spiskowej, podając szokujące szczegóły i nie zatajając niczego!
  Genialny film, zaiste – zwłaszcza jeśli obejrzy się go do samiutkiego końca. Wydawać by się mogło, że Karel robiąc go pogrzebie teorię o sfałszowaniu lądowania na Księżycu na wieki, ośmieszając głoszących ją ludzi i przedstawiane w niej fakty. Pomysłowość ludzka nie zna jednak granic. Minęło kilka lat i oto mamy kolejną odsłonę dramatu. Tym razem piłeczka została przerzucona na stronę krytyków. Równie udatnie, jak za sprawą francuskiego dokumentalisty.
  Słyszeliście? Nie? No to posłuchajcie.
  Jay Weidner, człowiek zwany „erudytą pośród łowców teorii spiskowych” przedstawił „dowody” na to, że Kubrick faktycznie brał udział w fałszerstwie. Znalazł je w... „Lśnieniu” nakręconym jedenaście lat później. Teoria, którą Jay przedstawia w swoim artykule zatytułowanym „Sekrety «Lśnienia»”, jest naprawdę ciekawa. Streśćmy ją zatem pokrótce, pomijając poboczne przemyślenia autora. We wspomnianym filmieWeidner dostrzega aluzje, które jego zdaniem są rozliczeniem Kubricka z niechlubnym zadaniem, jakiego podjął się dla rządu USA i NASA. Przede wszystkim, symbolika filmu. Zdaniem autora hotel Overlook jest alegorią Ameryki, o czym ma świadczyć choćby to, że jego dyrektor ubiera się wyłącznie w kolory odpowiadające barwom flagi USA, oraz słowa, że gmach, podobnie jak państwo, został zbudowany na grobach Indian. Weidner pisze: „Powinniśmy zacząć postrzegać historię opowiadaną przez Kubricka przez pryzmat symboliki, której używa. Jak powiadają, do opisania obrazu potrzeba tysiąca słów, ale aby opisać symbol, musisz stworzyć tysiąc obrazów”.
  Zatem przyjrzyjmy się obrazom i symbolom.
  W czasie pierwszej rozmowy kwalifikacyjnej nad managerem hotelu stoi orzeł – symbol Ameryki, ale zarazem nazwa lądownika Apollo 11. Jack (w domyśle Kubrick) zawiera układ z rządem, na mocy którego ma go chronić. Zaczyna się robić ciekawie. Moment później syn głównego bohatera (będący zdaniem Weidnera alter ego artystycznej duszy reżysera) trafia na dziewczynki bliźniaczki, będące dziećmi poprzedniego stróża (czyż program Apollo nie był następcą programu Gemini?). W książce Kinga nie było mowy o bliźniaczkach, jest to pierwsze znaczące odstępstwo od treści oryginału, lecz nie ostatnie. Kiedy Danny spotyka hotelowego kucharza, ten każe mu się trzymać z dala od pokoju numer 237 (w książce pokój ten nosi numer 217, Kubrick dokonuje niezrozumiałej z pozoru zmiany, ale jak przekonuje autor artykułu, wystarczy odrobina wiedzy astronomicznej, aby pojąć, że średnia odległość Ziemi od Księżyca wynosi 237 tysięcy mil – co sugeruje, że zmiana ta była jak najbardziej celowa, przynajmniej z punktu widzenia tropionej teorii spiskowej). Co jeszcze ciekawsze, sam Kubrick twierdził, że dokonał tej zmiany, ponieważ dyrekcja hotelu, w którym kręcono film, nie chciała, aby kojarzono go z realnie istniejącym tam apartamentem – dlatego reżyser zmienił numer na wyższy, którego nie było. Autor artykułu sprawdził jednak na miejscu, że pokój 237był w nim od samego początku). Kontynuację tego wątku widzimy w momencie, kiedy Danny wstaje powoli z podłogi i podchodzi do pokoju 237, mając na sobie sweter z wizerunkiem Apollo 11 (autor zamieszcza nawet stosowne screeny). Zważywszy na to, że we wnętrzu pokoju 237 nic nie dzieje się naprawdę, i na symbolikę Apollo 11 wprowadzanego tam przez artystyczne alter ego reżysera zaczyna się robić doprawdy ciekawie.
  Koronnym dowodem na potwierdzenie tezy Weidnera ma być jeszcze jedna scena dopisana przez Kubricka, a nieznajdująca się w oryginale książkowym. Jack spędza całe dnie na pisaniu wariacji jednego tylko zdania, które brzmi tak: „All work and no play makes Jack a dull boy”. Hmm...
  All – czy to nie kojarzy wam się z czymś szczególnym? Misja Apollo 11 miała symbol A11. Czy podobieństwo symboli nie jest aż nadto wyraźne? No i znaczenie zdania, które można przetłumaczyć na przykład tak: „Brak sukcesu A11 uczynił z Jacka (Kubricka) smutnego człowieka”.
 Takich rewelacji w artykule znajdziecie o wiele więcej, autor wyciąga wnioski z symboliki widocznej na ekranie i snuje rozważania na temat zachowań postaci, a nawet scenerii pokazanej w „Lśnieniu”. W tym filmie wszystko ma ukryte znaczenie - nawet zima za oknem i pluszowy miś Danny’ego urastają do rangi symboli zimnej wojny i niedźwiedzia symbolizującego ówczesny ZSRR.
  Jak już wspomniałem na wstępie, miłośnicy teorii spiskowych odkryją w tym tekście ogromną inspirację, a kto wie, może dzięki Weidnerowi dyskusja o fałszerstwie odżyje, ale nie dlatego przybliżyłem wam ten artykuł i zawarte w nim treści.
  Zanim przejdę do konkluzji, chciałbym wyrazić swoją opinię na temat samego lądowania i rzekomych fałszerstw z nim związanych. Zawsze staram się podchodzić do podobnych rewelacji z czysto pragmatycznego punktu widzenia. Jeśli widzę logiczne rozwiązanie, skłaniam się ku niemu. Jeśli widzę jakąś lukę w rozumowaniu, wciskam się w nią, żeby zgłębić temat. W przypadku lądowania na Księżycu skłonny jestem przyznać rację tym, którzy wyśmiewają twórców teorii spiskowych. Aczkolwiek nie do końca. Kiedyś już poruszyłem ten temat, rozpracowując z Adamem Cebulą najbardziej klasyczne dowody na sfałszowanie relacji z lądowania. Badaliśmy falujące flagi, cuda na zdjęciach i tym podobne rzeczy znane każdemu miłośnikowi teorii spiskowych. Doszedłem wtedy do następującego wniosku – NASA, dążąc za wszelką cenę do uzyskania przewagi nad Rosjanami, zabezpieczyła się na wypadek niepowodzenia, fabrykując część materiałów pokazanych potem światu, aby ten klęknął przed największą potęgą. Lądowanie nie było oszustwem, ale jego wizualna oprawa przynajmniej częściowo została zmanipulowana. Kojarzycie przerabianie celebrytek w Photoshopie na potrzeby kolorowej prasy? To ten sam proceder, tylko skala problemu mniejsza. Sukces musi być piękny.
   Kubrick niewiele miał z tym wspólnego, zwłaszcza jeśli przyjrzeć się uważniej argumentom rzucanym przez głosicieli teorii spiskowych – obiektywy, które rzekomo miał dostać od NASA, pojawiają się dopiero przy produkcji „Barry’ego Lyndona” wiele lat później, sceneria Księżyca stworzona na potrzeby „Odysei kosmicznej 2001” nie przypomina widoczków z oficjalnych filmów dokumentalnych itp. itd., ale przyłapywani na mniejszych pomyłkach (oszustwach) oficjele sami napędzili machinę podejrzeń, która po dziesiątkach lat nadal wydaje plon. Zwłaszcza że wychodzą na jaw kolejne rewelacje, jak na przykład ta, że NASA zagubiła oryginalne taśmy z lądowania .
 Konkludując - prawda zwykle leży gdzieś pośrodku. Ale jako zwykli obywatele nie posiadamy środków i narzędzi pozwalających nam na jej poznanie. Dlatego zawsze będziemy skazani na manipulacje. Zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Nie czarujmy się, żyjemy w czasach, w których mass media w znacznym stopniu kreują otaczającą nas rzeczywistość. Nawet w przypadku o wiele bardziej prozaicznych zdarzeń. Wystarczy spojrzeć na setki afer wybuchających na lokalnych szczeblach władzy. Wersja oficjalna jest taka, jak ją przedstawia telewizja i prasa. Kto w nią nie wierzy, ten kiep i idiota. Sprostowań po miesiącach albo latach – choć ich liczba idzie w setki - nikt już nie zauważa .
  Ale to wszystko pikuś, a nawet pan pikuś.
  Używajcie mózgów, nie oczu. Wyjdzie wam to na dobre.

Subskrybuj

Subskrybuje zawartość

Polecam

obrazek
obrazek
obrazek

Galeria