You are hereBlogi / Robert J. Szmidt's blog / Bazgrząc po e-papierze

Bazgrząc po e-papierze

strict warning: Declaration of views_plugin_style_default::options() should be compatible with views_object::options() in /www/modules/views/plugins/views_plugin_style_default.inc on line 24.

By Robert J. Szmidt - Posted on 15 marzec 2010

   Bardzo długo przymierzałem się do napisania tego tekstu. Część z was - zwłaszcza użytkownicy forum SFFH - z pewnością pamięta rozmowy na temat e-wydania pisma i moje opory przed tą formą rozpowszechniania. Wtedy uważałem, że jest jeszcze za wcześnie na pójście w Sieć. Dzisiaj... cóż, dzisiaj nadal nie mam pewności; chociaż pozbyłem się kilku obaw, które powstrzymywały mnie przed tą zupełnie nową formą dystrybucji (teraz, kiedy nie jestem właścicielem pisma, znacznie łatwiej podejmować mi ten temat), nie wyzbyłem się wątpliwości do końca. Ale nie o nich chciałem pisać, wręcz przeciwnie. Poniższy wpis traktował będzie o przyszłości e-papieru.

   Od wielu lat trwa dyskusja, czy książka przy tak wielkiej konkurencji innych mediów ma szanse na przetrwanie. Świat się zmienia, my też. Wszystko gna coraz szybciej do przodu; tempo życia, technologia, medycyna. Każde kolejne pokolenie ma swoje priorytety, przyzwyczajenia i z tego co widać, od pewnego czasu czytelnictwo nie należy do najbardziej modnych trendów. Nie zamierzam się z nikim spierać o to, czy poziom oczytania spada, utrzymuje się czy rośnie. Opinii na ten temat krąży wiele, a problem jest o wiele bardziej złożony, niż to się może na pierwszy rzut oka wydawać.
   Pojawiły się zupełnie nowe media (nie wczoraj, ale na przestrzeni życia poprzednich dwóch pokoleń). Wideo nie zabiło kina ani telewizji, chociaż to wieszczono, lecz na zawsze odmieniło tamte rynki. Wystarczy powiedzieć, że trzydzieści lat temu życie filmu było senne i długie. Dwa, trzy lata projekcji w kinach, potem po odpowiednim okresie karencji tytuł trafiał do telewizji i tam już pozostawał, mając nadzieję zarobić na kolejnych powtórkach. Dzisiaj jest zupełnie inaczej; kino ma zaledwie miesiące na wyeksploatowanie tytułu – a jeśli sprzedaż biletów nie idzie najlepiej, DVD (wcześniej VHS) pojawia się dosłownie w kilka tygodni po premierze. Okienko wyłączności dla sprzedaży także nie jest długie. W kolejce po zakup tytułu czekają telewizje kablowe, rozsiewcze, linie lotnicze, autobusowe, PPV, VOD i cholera wie co jeszcze. Wszystko przyspieszyło do zawrotnego tempa. Tyle że „rewolucja wideo” to sprawa poprzedniego pokolenia. Następne, czyli obecne, ma zupełnie innego konika. Jest nim interaktywność. A interaktywność to przede wszystkim gry.
   Już dawno przestało mnie dziwić, że młodzi ludzie, mając wybór, odkładają na bok książki i siadają przed telewizorem albo monitorem, aby przeżywać przygody ulubionych bohaterów i kierować ich poczynaniami - w mniejszym lub większym stopniu, ale zawsze decydującym. Ta forma rozrywki przeżywa ogromny boom, dość powiedzieć, że dobrze sprzedająca się gra generuje przychody równe kinowym blockbusterom, liczone w dziesiątkach milionów dolarów. Czy jakakolwiek książka jest w stanie temu dorównać? Na razie tak. Ale jak długo jeszcze, skoro nie podlega od wielu dekad zmianom ewolucyjnym?
I tu dochodzimy do sedna problemu i tematu dzisiejszego wpisu. E-papier może bardzo wiele zmienić, a następne generacje czytników, czy też i-padów umożliwią ewolucję, a może i rewolucję w naszym segmencie rynku. Ewolucję porównywalną z tym, co stało się z branżami kinową i komputerową, gdzie nowe technologie wymusiły zdecydowany postęp. Zdajmy sobie sprawę z jednego: taka forma książki, jaką znano za czasów Prusa, dzisiaj nie jest atrakcyjna, podobnie jak muzyka z tamtego okresu i kinematograf. Wszystko ulega przemianom, unowocześnieniom, nas czytelników i wydawców też to czeka. Na pewno nie dziś ani jutro, ale pozwólcie, że pokuszę się o nakreślenie pewnych założeń, które - mam taką nadzieję! - pozwolą przetrwać książce, czyli słowu pisanemu.
   Dzisiaj tradycyjna papierowa książka jest w odwrocie. Bez względu na to, jak bardzo będziemy się spierać o skalę zjawiska, jedno widać gołym okiem. Z naszych miast zniknęła większość prywatnych księgarń, w ich miejsce powstały dwie sieci, które zyskując monopolistyczną pozycję, robią co chcą. Sytuacja konfliktu wydawnictw z Empikami jest chyba najjaskrawszym przykładem tego, jak się sprawy mają. Miesiąc spóźnienia z premierą? Who cares! Tysiąc innych tytułów i tak zalega na półkach, a obok są jeszcze płyty, filmy, gry. Ale wydawcy sami sobie tego piwo nawarzyli, więc zostawmy ten akurat problem na boku. Zajmijmy się książką.
   E-papier staje się coraz bardziej popularny, zwłaszcza za granicą, chociaż wciąż nie ma jednego standardu, który mógłby podbić rynek (z wideo też tak było – o klienta rywalizowały systemy VHS, V-2000, Betamax). Trzeba jeszcze chwilę poczekać, aż wykrystalizuje się lider rynku, zmuszając konkurencję do odejścia z pola walki albo przystosowania się do zwycięskiego standardu (to miało miejsce niedawno, gdy BlueRay wyparł HD-DVD). W wypadku e-booków chodzi nie tyle o uniformizację standardu odczytu, pozwalającego wszystkim urządzeniom tego typu na otwarcie każdej e-książki, ile o zaimplementowanie do nich wszystkich najpopularniejszych formatów, aby posiadacz nie miał najmniejszego problemu z korzystaniem z różnych źródeł. Czy to jest możliwe do osiągnięcia w najbliższym czasie? Kak najbardziej - postęp w tym kierunku widać już gołym okiem. Moim skromnym zdaniem Amazon i jego Kindle ma wielkie szanse zdominowania rynku po wypuszczeniu następnej albo jeszcze kolejnej generacji. Skoro tak, przyjrzyjmy się, co jeszcze hamuje rozwój e-papieru.
   Z jednej strony mamy wysokie ceny sprzętu, jego niekompatybilność i zawodność, z drugiej niechęć czytelników należących do starszego i średniego pokolenia, tych, którym rodzice wpajali miłość do książki. Kochających szelest kartek i zapach papieru. Młodzi nie widzą w elektronicznych wydaniach niczego niezwykłego, czytają z ekranu, jak leci, bo to dla nich chleb powszedni, a to właśnie oni będą stanowili trzon rynku odbiorców za lat dwadzieścia, kiedy my poodchodzimy tam, gdzie książek jest wiele i czasu mnóstwo.
Jak pokonać te przeszkody? Spójrzcie sami.
   Za wysokie ceny sprzętu? Dlaczego takie są? Ponieważ czytniki, jak każdy nowy gadżet elektroniczny, muszą sporo kosztować. Ale na rynku panuje pewna prawidłowość. Duża liczba sprzedanych egzemplarzy równa się znacznemu spadkowi ceny. Wystarczy popatrzeć na konsole do grania. Ich ceny lecą co roku na łeb na szyję, ale tylko dlatego, że miliony ludzi chcą je mieć. Trzeba więc zrobić coś, żeby czytniki stały się towarem równie albo i bardziej pożądanym. I wiem nawet, co zrobić, żeby tak się stało.
   Szkoły są kluczem do wszystkiego. Kiedy decydenci zrozumieją, jak wielkie korzyści przyniesie wprowadzenie czytników do szkół, znikną wszelkie bariery cenowe. Firmy produkujące sprzęt zyskają miliony klientów, przez co cena jednostkowa urządzenia spadnie do naprawdę znośnych granic (wcześniej zostaną uregulowane wszystkie kwestie związane z formatami), a zyski z jego posiadania wzrosną, zwłaszcza dla rodziców uczniów. Dlaczego? To dziecinnie proste. Ile kosztuje dzisiaj komplet podręczników? Ile trzeba się za nim nabiegać? A przecież w systemie, o którym piszę, zdobycie książek do nauki będzie tanie i proste. Wszystkie podręczniki i zeszyty ćwiczeń będzie można dostać (czytaj: kupić) w szkole. Każdy przedmiot nauczania ma ustalony program, nauczyciele decydują tylko, z jakich podręczników chcą uczyć. Wystarczy zajrzeć na strony producentów albo autorów i podpisać licencje na określoną liczbę egzemplarzy (tutaj dowolność możliwych rozwiązań jest wielka, jeśli stronie dostarczającej podręczniki nie odbije palma albo w sprawy nie wpieprzą się przeróżne ZAIKS-y). Ceny e-podręczników będą o wiele niższe. Wydawcy będą wreszcie kontrolować rynek zbytu, pozbędą się chciwych pośredników, zyskają prosty i szeroki dostęp do klienta. Przy odpowiednim systemie nadzoru nie będzie miejsca na piractwo (tak, wiem, Polak potrafi, ale uwierzcie mi, wykrycie lewizny w pięć minut nie powinno być problemem, jeśli wprowadzi się konkretny system licencji i zakupów. Dla przykładu: wiadomo, że w szkole A jest tysiąc uczniów, którzy muszą zakupić podręczniki do polskiego. Muszą, bo bez nich nie będą mogli się uczyć. Szkoła je rozdystrybuuje, będzie też dysponowała bazą danych, kto i kiedy kupił. Lewe kopie dadzą się wychwycić w kilka minut, przy pierwszej kontroli. A zważywszy na niskie ceny i to, że nie dzieci, tylko rodzice będą kupowali, skala piractwa stanie się pomijalna. Mamy więc szkoły, w których dzieciaki nie dźwigają kilkunastu kilogramów makulatury, tylko parę zeszytów i czytnik - prosty model kosztujący w takiej sytuacji nie więcej niż pięćdziesiąt, sto złotych (pamiętacie może, ile kiedyś kosztowały najprostsze elektroniczne zegarki, które musiał mieć każdy dzieciak?), bo do takich cen można zejść, jeśli sprzedaż hardware’u będzie  liczona w milionach sztuk. Do tego dorzućmy komplet podręczników w cenie dwustu złotych na rok. Przy dzisiejszych cenach „cegieł“ czytnik może zwrócić się już przy pierwszym zakupie – a wydawcy tychże podręczników i autorzy dostaną za nie tyle co zawsze, a może i więcej.
   Tym sposobem bardzo szybko da się rozkręcić rynek na e-książki. Będzie sprzęt, będą jego posiadacze, którzy w miarę dorastania (starsi uczniowie mogą dysponować znacznie bardziej zaawansowanymi czytnikami) mogą go wykorzystywać nie tylko w szkole i nie tylko do nauki. E-papier stanie się standardem, czymś normalnym dla każdego.
   I tu dochodzimy do prawdziwego clou, czyli książki przyszłości. Do książki, którą będą czytały nasze dzieci i wnuki. Już wiele lat temu uważałem, że będzie się ona różniła od tradycyjnej, szytej albo klejonej broszury. Żeby przetrwać wyścig z filmami i grami, będzie musiała się zmienić, przeobrazić i rozwinąć. Nietrudno zgadnąć, w jakim kierunku pójdą te zmiany. Sądzę, że kluczem do nich będzie właśnie interaktywność. Za lat pięć, dziesięć czy dwadzieścia, zależnie od tego, jak szybko pojawią się firmy, które zechcą zainwestować w ten rodzaj biznesu większe pieniądze, obudzimy się w świecie, gdzie będziemy mogli rozłożyć swój czytnik w tramwaju, pociągu, autobusie i zanurzyć się w lekturze, mając przy tym sporą swobodę wyboru. Otrzymamy szansę wyboru, jak dzisiaj w wielu grach, czy bohater powieści stanie po stronie dobra czy zła. Czy popełni zbrodnię czy pozostanie szlachetny. Kiedyś, dawno temu, w czasach gdy zachłystywaliśmy się pierwszą falą wolnej literatury, istniały takie książki. Czytając je, mogliśmy do pewnego stopnia kształtować ich akcję, co ileś stron natrafiając na pytanie w rodzaju: „Czy bohater ma zastrzelić Johna? Jeśli tak, przejdź na stronę 202; jeśli nie przejdź, na stronę 164”. Było to nawet zabawne, aczkolwiek bardzo liniowe, tym razem granice tej swobody poszerzą się znacznie, być może sięgając w interaktywność dalej, niż widzicie to w takich grach, jak „Mass Effect 2”. Co nas od tego dzieli? Jedna funkcja w oprogramowaniu czytnika, pozwalająca na zmianę kolejności wyświetlania tekstu z pliku. Bułka z masłem dla informatyka. Oby dostał ją jak najszybciej.
   My, piszący, przystosujemy się do nowych warunków bardzo szybko. Wy, czytelnicy, również. Zwłaszcza że e-papier daje szansę na przewartościowanie całego rynku wydawniczego. Dzisiaj pośrednik potrafi zażądać nawet 55% ceny za wprowadzenie tytułu do obrotu. Autor ma dla siebie 5-10%, czyli najmniej ze wszystkich. W elektronicznym świecie pośrednicy staną się niepotrzebni, a wydawcy... jeśli zachowują zdrowy umiar, złapią drugi oddech. Zawodowcy zawsze będą potrzebni, bo e-książka, chociaż o wiele łatwiejsza do wydania (w związku z czym można spodziewać się wysypu samizdatów, tekstów których żadne wydawnictwo nie chciało wziąć wcześniej do ręki), też będzie musiała przejść fazę redakcji, a potem trafić do odpowiednich baz danych i sklepów internetowych. Myślę, że dzisiejszy rynek sprzedaży plików muzycznych pokazuje idealnie, jak te zmiany będą przebiegały. Wielkie wytwórnie straciły sporo wpływów, ale nadal się trzymają, chociaż upadek wielu z nich wydaje się już przesądzony, a muzycy stają się powoli partnerami w tym interesie, zamiast być dojnymi krowami jak dotąd. Znając polskie realia, mogę powiedzieć jedno... Dzięki e-papierowi obrotny autor, do tego poczytny, nawet w Polsce może zacząć żyć jak człowiek.
 
 www.youtube.com/watch

Subskrybuj

Subskrybuje zawartość

Polecam

obrazek
obrazek
obrazek

Galeria