You are hereBlogi / Robert J. Szmidt's blog / The Word for World is Forrest

The Word for World is Forrest

strict warning: Declaration of views_plugin_style_default::options() should be compatible with views_object::options() in /www/modules/views/plugins/views_plugin_style_default.inc on line 24.

By Robert J. Szmidt - Posted on 03 kwiecień 2010

   Chciałbym poświęcić niniejszy wpis Człowiekowi, który dla fantastyki, tej szeroko rozumianej, zrobił więcej niż ktokolwiek inny.
   Forrest J Ackerman to właściwie legenda, nie człowiek. Można zaryzykować twierdzenie, że bez jego wkładu dzisiejsza fantastyka miałaby zupełnie inne oblicze, kto wie, czy nie o wiele skromniejsze.
   Urodzony w 1916 roku Forrest, wtedy jeszcze J z kropką, Ackerman współtworzył podwaliny tego, co dzisiaj potocznie zwane jest „fandomem”. Współtworzył je niezwykle aktywnie, mało kto wie, że to właśnie jemu zawdzięczamy powstanie znanego dzisiaj na całym świecie skrótu sci-fi, którym od lat określany jest gatunek literacki, i nie tylko, który tak lubicie. Ale nie tylko z takich rzeczy słynął wujek Forry, nawiasem mówiąc - pierwszy zdobywca nagrody Hugo w kategorii #1 Fan Personality. 
 

   Jego uwielbienie dla fantastyki kazało mu działać na wszystkich frontach, w 1930 roku założył jeden z pierwszych klubów miłośników fantastyki (Boys’ Scientifiction Club), pisał prozę – choć niewiele i głównie pod pseudonimami albo w duetach, wydawał zarówno fanziny, jak i profesjonalne czasopisma oraz pewną ich mutację imitującą książki, która zyskała miano bookzinu, stworzył swoiste muzeum tego gatunku w domu na wzgórzach Hollywood, zwanym potocznie Ackermansion, aktywnie promował tłumaczenia – to jemu Ameryka zawdzięcza publikację najdłuższej serii SF, jaka kiedykolwiek powstała na Ziemi, czyli Perry Rhodana. Był też znakomitym promotorem, zwłaszcza horroru, miał wpływ na wielu młodych twórców i nie będzie wielkiej przesady, jeśli powiem, że cała masa znanych reżyserów, w tym takie sławy jak Spielberg, mają mu sporo do zawdzięczenia, czemu niejednokrotnie dawali wyraz. Wystąpił w epizodach w ponad dwustu filmach, to on stał w tłumie witającym kosmitów na dachu wieżowca w Dniu niepodległości, uciekał przed King Kongiem w 1776-tym, a nawet zajadał się popcornem, siedząc tuż za Miachaelem Jacksonem w słynnym teledysku „Thriller”.


 

   Długo by wymieniać, ile zrobił dla swojej i naszej ukochanej fantastyki, ale Forry był także człowiekiem, dobrym człowiekiem, jeśli nie fantastycznym. Miałem okazję poznać go w latach osiemdziesiątych, kiedy odwiedził Polskę jako gość któregoś z konwentów. Spędziliśmy wtedy sporo czasu razem, z Wiktorem Bukato pokazując Forry’emu i jego żonie Wendy miejsca, które go interesowały, na przykład zamek w Ząbkowicach Śląskich – przed wojna noszących swojsko brzmiącą (dla każdego fana horroru, a zwłaszcza tak wielkiego, jak Forry) nazwę Frankenstein. Pamiątką po tamtej wizycie jest całkiem spora kolekcja książek, w tym prawdziwych białych kruków, jakie otrzymywałem jeszcze lata później zza oceanu – w tym takie rodzynki, jak autografy autorów dla mnie osobiście, co chyba wiele mówi o tym, jak Wujek Forry podchodził do ludzi, że nie zapominał o nich mimo upływu czasu, a jeśli kogoś polubił, to szczerze. Mogłem się o tym przekonać ponownie, gdy dwie dekady później zrewanżowałem mu się rewizytą w L.A., już jako wydawca „Science Fiction”, gdzie podjął mnie w swoim domu, jakbyśmy spotkali się po kilku dniach przerwy – w tymże słynnym „Ackermansion”, którego zwiedzenie powinno być obowiązkiem każdego prawdziwego fana fantastyki. Nie ma bowiem innego miejsca na świecie, gdzie można znaleźć tak wspaniały zbiór pamiątek po największych twórcach i dziełach.
 

   Żartował kiedyś, że stanie się George’em Burnsem fantastyki, ale żelazne zdrowie w końcu go opuściło – jako siedemdziesięciolatek potrafił zagonić nas, młodych podówczas ludzi i pozbawić tchu, gdy pędziliśmy za nim przez kolejne miasta – i choć legendarne poczucie humoru pozostało przy nim do końca – o tym, jakim był ciekawym i wesołym człowiekiem można by napisać całe tomy – odszedł na początku grudnia.
   Pamiętajcie o Człowieku, którego całe niemal życie poświęcone było pasji, jaką bez wątpienia była dla niego fantastyka. Kiedykolwiek zobaczycie na książce czy ekranie te kilka liter układających się w skrót sci-fi, pomyślcie ciepło o Wujku Forrym, bo takich fanów jak on już nie ma i chyba więcej nie będzie.
   Pozwólcie, że zakończę, parafrazując pewien znany tytuł Ursuli LeGuin: The Word for World is Forrest.

 

   Niniejszy tekst był zamieszczony w numerze 43 SFFH, ale nie wszyscy z was są czytelnikami tego pisma, a postać, o której pisałem warta jest tego, żeby o niej pamiętać. Dlatego zdecydowałem, że przeniosę owo wspomnienie do blogu.

ZałącznikWielkość
aforry1111.jpg23.28 KB
aforry2222.jpg45.86 KB
aforry3333.jpg42.97 KB

Subskrybuj

Subskrybuje zawartość

Polecam

obrazek
obrazek
obrazek

Galeria