You are hereBlogi / Robert J. Szmidt's blog / Na pohybel Majom

Na pohybel Majom

strict warning: Declaration of views_plugin_style_default::options() should be compatible with views_object::options() in /www/modules/views/plugins/views_plugin_style_default.inc on line 24.

By Robert J. Szmidt - Posted on 30 grudzień 2011

   Koniec roku. A następny 2012. Znaczy się ostatni. Według Majów, a raczej ich kalendarza. IMHO każdy kalendarz kiedyś się kończy. A rzeczeni Majowie jakoś nawet nie dociągnęli do kresu stworzonej przez siebie rachuby dni, co raczej źle świadczy o ich zdolności przewidywania przyszłości. Ale co mi tam, to już… hm… dwudziesty któryś koniec świata, który dane mi będzie przeżyć. Ostatni trwał od maja do listopada, czy jakoś tak. Ciekawe co robi teraz ten śmieszny pan, który go najpierw ogłosił a potem, gdy minął zapowiadany termin,  tak mocno przedłużył?
   Koniec roku. A następny 2012. Mój pięćdziesiąty. Pół życia minęło jak z bicza strzelił. Czas więc podsumować mijające dwanaście miesięcy. A trochę się działo w tym roku. Ale jedźmy po kolei. Prywatnie zaliczyłem ogromną zmianę – opuściłem na stałe Katowice, przenosząc się do własnego domiszcza pod zamkiem, takim prawdziwym, chociaż mocno już zrujnowanym. A że dom i zamek stoją na górce, widoki mam jak ze swojej wieży, aż po  bardzo odległy horyzont. I nadal widzę jak słońce zachodzi, o ile chmurki nie przeszkadzają. Budowa nowej siedziby sprawiła, że zamiast na antypody, wybrałem się latoś na nieco mniejszy dystans, do Egiptu, żeby podpatrzeć kilka patentów u tamtejszych budowlańców. Było nie było, te ich świątynie stoją od kilku tysiącleci, warto więc zaimplementować to i owo w swoją siedzibę. Galeria z tej podróży pojawi się wkrótce.
   Zawodowo, cóż – dziesięć tłumaczeń zostało wydanych (nie liczę wznowień). Zakończyłem cykl Starship, Resnicka. Dociągnąłem do finału Zaginioną Flotę (finał okazał się półmetkiem i nic dziwnego, kto by zarzynał kurę znoszącą złote jajka). Na tapecie znalazły się za to dwa nowe cykle. Historyczny, rzymski, Simona Scarrowa (z dziesięć tomów już jest) i trylogia Feista, kolejny wyimek z niekończącego się cyklu o Midkemii. Za najciekawszą pozycję uważam jednak „Prawdziwe męstwo”, Portisa. Na podstawie tej książki powstał bardzo kasowy western nakręcony przez braci Cohen, ale jeśli mnie pytanie o zdanie, choć film dość wiernie oddaje część akcji (aczkolwiek nie aż tak, jak stara wersja, z Johnem Wayne w roli Cogburna), to jednak nie umywa się do książki. W kolejce do wydania czeka kolejne siedem książek, w tym dwa „półkowniki” a styczeń spędzę z Johnem Gearym, tym razem na pokładzie „Dreadnaughta” – szkoda tylko, że autor zaspojlerował w szóstym tomie „Zaginionej Floty”, i to tak wyraźnie, kim jest nowy wróg.
Od września pracuję w wydawnictwie Almaz, przygotowując edycję nowego pisma, będącego twórczym rozwinięciem dawnego pomysłu, jeszcze z początków „Science Fiction”, czyli magazynu zawierającego całe powieści. „SF” bo taki tytuł nosić będzie nasz nowy dwumiesięcznik, wystartuje tuż po nowym roku. W pierwszym numerze znajdziecie nowiusieńką powieść Grzegorza Drukarczyka „Bogowie są śmiertelni”, w kolejnych pojawią się pierwsze tomy cykli: „Prawdopodobieństwo” Nancy Kress, „Przybysze z ciemności” Michaiła Achmanowa, „Pola dawno zapomnianych bitew” sami wiecie kogo, „Wrogie przejęcie”, S. Andrew Swanna oraz… cykl antologii „Czas Uczniów” prezentujący utwory największych gwiazd rosyjskojęzycznej fantastyki, osadzone w realiach stworzonych przez braci Strugackich. Jeśli się uda, dzięki nieocenionej pomocy Andrieja Czertkowa, redaktora oryginalnej serii, dostaniecie do ręki nawet te teksty, których nie czytali w swoich wydaniach Rosjanie.
   Własna twórczość? Oto jest pytanie. Nawał pracy przy tłumaczeniach nie pozwala rozwinąć skrzydeł – fajnie jest podejmować się tłumaczenia cykli, ale trzeba potem być gotowym na pracę w terminach wyznaczanych przez wydawców. A ja staram się wywiązywać z danych obietnic. Niemniej każdą wolną chwilę poświęcam na pracę nad „Polami…” W połowie roku, mniej więcej, dostaniecie pierwszy tom, i nie będzie to rozszerzona do objętości 500 tyś znaków nowela, którą mieliście już okazję czytać na łamach „Science Fiction”, bądź w zbiorku „Alfa Team”. Stanę też na głowie, żeby Rafał Kosik dostał mój tekst do przygotowywanego w Powergraphie tomiku opowiadań barbarzyńskich. Będąc niemłodym już, miejscowym ojczymem Conana, czuję się do tego zobowiązany.
   Czy spotkamy się w nadchodzącym roku gdzieś jeszcze, na linii tekst-oko, jeszcze nie wiem. Ale obiecuję, że będę się bardzo ale to bardzo starał. No i spodziewajcie się więcej wpisów w blogu. I'll be back!

   No byłbym zapomniał. Skleroza nie boli, ale co człowiek musi się nachodzić. Osiągnąłem w mijającym roku jeszcze jeden sukces. Trudno mi określić jego kategorię, więc wyłożę wszystko prosto i jasno. Gram. Mam na imię Robert i gram. Nadal gram. Na czym popadnie, ale głównie na PS3 i Xboxie 360. Jestem kimś w rodzaju tej hardkorowej staruszki, która wymiata w MW3. Czasem któraś gra spodoba mi się do tego stopnia, że chcę osiągnąć w niej coś więcej, niż tylko dotarcie do ostatniego bossa. Tak też stało się w przypadku „Dead Nation” jednej z najmiodniejszych gierek, na jakie trafiłem ostatnimi czasy. Zaciąłem się i wyrobiłem całkiem niezły wynik, najpierw w pierwszej misji – wchodząc na siódme miejsce w multiplayerze (najlepsze z Polaków), potem w kolejnej na jedenaste (tu byłem drugi), a kiedy zabrałem się do rozwalania trzeciej, nastąpił moment przeprowadzki i zostałem odcięty od sieci. Może nie do końca, co widać choćby po tym wpisie, ale na łączu, które posiadam, radiowym, nie ma szans na połączenie się z psn-em. Ale jak tylko podłączą mi tu coś porządnego znowu zarządzę!
 

Subskrybuj

Subskrybuje zawartość

Polecam

obrazek
obrazek
obrazek

Galeria