Wyraziłem swoją opinię o ACTA, krótko i dosadnie. Mimo, że jestem osobą chronioną przez tego typu umowy (podobno, nigdy bowiem nie doświadczyłem łask z tym związanych) uważam, że obecnie forsowany system uszczelniania wszystkich luk w prawie autorskim jest nie tylko błędny, ale i szkodliwy. Nie wgłębiając się w szczegóły, bo te poruszano już setki razy w sieci i poza nią, napiszę tylko jedno: próbując zawłaszczyć jak największy kawałek torcika, korporację zadławią kulturę i co może ważniejsze, naukę.
Jestem przeciwny idiotyzmom, takim jak próby ściągania haraczy z fryzjerów za puszczanie radia oczekującym na swoją kolej klientom – nawiasem mówiąc tego samego radia, które już zapłaciło tantiemy za wykorzystanie na swoich falach prezentowanych utworów. To tylko jeden z morza przykładów ilustrujących problem. Piractwo istnieje i jest złe, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości, ale nie można niszczyć swobodnego dostępu do kultury zasłaniając się czymś, co tak naprawdę nie jest wielkim problemem. Niedawno przeczytałem wywiad ze znanym reżyserem (i politykiem zarazem), który pomstował, że gdyby nie piraci to jego filmy miałyby po 100 a nawet 200 tyś. widzów więcej. Otóż nie, szanowny panie reżyserze. Te setki tysięcy ludzi zostały odcięte od dostępu do kin nie przez piratów ale polit-idiotów, którzy dopuścili do pozamykania placówek kultury w mniejszych miejscowościach, dzięki czemu ja (wioszczanin od pół roku) nie byłem w kinie od chwili przeprowadzki do kilkutysięcznej miejscowości na prowincji. A nie byłem z bardzo prostej przyczyny – wyprawa do najbliższego przybytku X muzy (nie liczę jednosalowego kina trzeciej świeżości w Zawierciu, gdzie trafić na coś sensownego jest sztuką), to wyprawa na minimum 100 kilometrów. Sam pan sobie zabrałeś dostęp do swoich filmów, sprzedając się multipleksowym koncernom, więc teraz sam pan przełykaj tę żabę (jak wydawcy książek ępikową).


